Nic biedniejszego niż taka opinia. Nie negując śmiałości Kandinsky'ego, jego inteligencji, jego przełomowej roli - trudno prześlepić, że przy Bonnardzie Kandinsky jako malarz
aśnie, i to wcale nie w taki sposób, jakoby Bonnard zbierał miody wiel-ieh, lecz mierzchnących tradycji, a Kandinsky był początkiem przyszłości, barbarzyńcą nowego wieku. Nie. Teozoficzna spekulacja Kandinsky'ego nie była bardziej ?nowoczesna" od symbolizmu nabisów (do których zaliczali się Maurice Denis i Bonnard), a malarska odwaga Bonnarda, kio wie, czy nie idzie dalej niż abstrakcja Kandinsky'ego: w tym sensie, że z taką bezwzględnością obserwować i przetwarzać rzeczywistość, jak to robił Bonnard, mogło nieraz być trudniejsze niż się od niej odrywać. A kto miał szczęście oglądać kilka lat temu wielką wystawę Bonnarda w Paryżu, ten wie o przenikliwej zuchwałości spojrzenia tego mistrza,
0 nowych całkiem związkach, jakie ustalał między rzeczami, które w jego obrazach dziwią się oczywistym i oszałamiającym, nie przeczuwanym w tej postaci swoim spotkaniom. Sam Bonnard świetnie to)określił: L'invraisemblable est souvent le vrai m?me. Widz tamtej wystawy wie także, jak płytkie jest dostrzeganie w sztuce Bonnarda tylko rozkosznictwa koloru: z jak wspaniałym rygoryzmem on swoje obrazy konstruował, jak wielostronną budował malaiską metaforę. Bonnarda nie byłoby bez gwałtowności Daumiera i klasycyzmu Cézanne'a. A zestarzał się nie bardziej niż mistrzowie wszelkich czasów - Carpaccio czy Chardin. Pod adresem tych, co utożsamiają wartość w sztuce z nowością (i to nieraz jak płytko rozumianą), warto zacytować dobroduszne ostrzeżenie Bonnarda, by nie każdego osiołka, na którego akurat wsiądą, brali od razu za pegaza. | |
|