Ale widywałem więcej. Byli młodzi ludzie, którzy się obijali, poznawali Inia i szli do partyzantki. Były panny, które szły pracować w szpitalach. Inio wśród swoich znajomych przeprowadzał zdecydowane eliminacje. Nie z każdym warto było gadać. Ale kiedy sądził, że jacyś ludzie mogą sobie coś dać nawzajem, organizował z pasją znajomości, kontakty i spotkania. W czasie pierwszego pobytu w Warszawie złożył ?komplet", który wspólnie rysował i malował, i miał wspólną korektę. Był jednym z inicjatorów tajnej wystawy obrazów. Znosił do małych pokoików przy Nowogrodzkiej czy Wilczej stosy płócien (?głównie Taranczewski"), tłumaczył je publiczności, reklamował gorącym słowem w mieście. W dzień Nowego Roku 1943 pisał do mnie ze Zbydniowa: ?W związku z tą wystawą powstały niezliczone zagadnienia dotyczące naszego polskiego malarstwa. Mam to wszystko już sprecyzowane i chciałbym się z Tobą podzielić, ale to najlepiej ustnie... Ja do Warszawy jadę za parę dni, spieszę się, by przed zamknięciem tej wystawy napisać dokładną recenzję na po wojnie." Inio miał już wtedy za sobą pierwsze zachwyty nad kapistami. Oceniał krytycznie ich epigonów. I )ążył do pełni możliwości malarskich, do trójwymiarowej konstrukcji nbrazu. Kolor był jednak zawsze elementem zasadniczym, hasło ?budowania kolorem" zawsze aktualne. Znajdował coraz lepiej własną indywidualność. Intelektualna koncepcja płótna coraz rzadziej kłóciła się z wizją. Pamiętam szlachetną prostotę jego krajobrazów, piękną, soczystą dźwięczność zieleni jego ostatnich martwych natur. | |
|