A przecie zbrodnia zbydniowska stała się naprawdę. Lolo północy zaczęło się dobijanie do drzwi wejściowych. Kilka postaci, kry|i|cych się w cieniu. ?Otwórzcie, to my, chłopcy z lasu." Ten system mmvokiicji niemieckiej był zbyt pospolity, aby ktokolwiek mógł się łudzić, /imzlą znało się imiona dowódców wszystkich leśnych oddziałów, z nie-klriiymi było się pośrednio lub bezpośrednio w kontakcie. Tu nie istniała wątpliwość. Po krótkiej rozmowie pan Horodyński grzecznie odmówił n! wiireiu domu. Jakiś czas był spokój. Potem gwałtowne dobijanie się i wrzątki niemieckie. Inio wyjrzał przez okno. Ciemności roiły się od ludzi. Dom tyl otoczony. Zdarzały się po wsiach takie rzeczy - chodziło wtedy zwykle
0 młodzież męską. Toteż panna Meysztowiczówna wygoniła Inia i Andrzeja (Ji K" bruta) na stryszek, drzwi zamknęła na zasuwkę. ?Schowajcie się dobrze." li iliincześnie pan domu i jego siostra, pani Kowerska, otwierali drzwi. YVhll nic przez nie, rycząc, tłum przepisowo rozwścieczonych Niemców, julni z nich krzyknął do spokojnej, siwej pani: ?Czy wiesz, że wszyscy #niii? zginiecie?!" ?Jestem na to zawsze przygotowana", odpowiedziała wyiii/nie, w zapadłej na sekundę ciszy. Do niej strzelił najpierw. Inni inibii uli ?iv po pokojach. Niektórzy goście już spali.
Ilnin liiiczal jak pudło rezonansowe od strzałów i ryków niemieckich. Nie mli / wal h?c ani jeden głos polski. Umierano bez krzyku, bez słowa. | |
|